sobota, 7 czerwca 2014

Prolog

                      Błądzę w ciemnym korytarzu, moje wyciągnięte ręce badają fakturę zimnej ściany. Przesuwam się powoli do przodu? A może do tyłu? Nie wiem. Ale dokądś przecież musi prowadzić ten tunel. Stawiam małe kroczki i brnę dalej ku nieznanemu.
                      - Victoria. - słyszę głos, delikatny jakby płynął razem z wiatrem. Skądś go kojarzę, ale skąd?
                      - Victoria. - znów ten am głos. Nagle zaczęło dudnić, jakby ktoś walił w bęben ze skóry.
                      - Victoria... Victoria. - tym razem głos jest silniejszy.
                      - Victoria! Victoria! Victoria! - zaczął krzyczeć, a bębny stały się głośniejsze.
                      - Victoriaaaaaa! - Do moich uszu doszedł straszny krzyk. Zatkałam swoje uszy, ale to niewiele dało. Szłam dalej tym razem nie dotykając już ściany. Nagle wszystko ucichło. Nie słyszałam nic oprócz mojego szybkiego oddechu. Zaraz... Czy to szum wody? Tak jakby za mną. W tym momencie uderzyła we mnie fala lodowatej wody. Nie mogłam się wynurzyć. "Umrę." - pomyślałam, ale chwile potem znów stałam na suchej ziemi. Oparłam się o ścianę, która okazała się zrobiona z jakiegoś materiału. Upadłam na plecy. Ból był okropny.
                      - Victoria kochanie. - ten sam miękki głos...
                      - Popatrz na nas skarbie. - odezwał się drugi, głęboki. Mogłabym przyśiąść, że już kiedyś je słyszałam.
                      Po chwili ból ustał. Zebrałam się w sobie i się odwróciłam w kierunku z którego dochodziły te głosy...
                      Łzy napłynęły do moich oczu. To niemożliwe...
                      - Nie to nie może być prawda! Wy nie żyjecie! - krzyczałam ile sił w płucach. Czy to możliwe? Jakim cudem? Przecież oni zgineli, tam... Tam w puszczy... Podałam na kolana i zaczęłam łkać.
                      - Nie płacz kochanie. - moja matka klękła naprzeciw mnie, uniosła moją twarz tak abym na nią patrzyła i kciukami ścierała moje łzy.
                      - To niemożliwe. - wybełkotałam przez szloch. - J...Jakim cudem Wy... - nie dokończyłam zdania przez kolejny atak płaczu.
                      - Ciiii. Spokojnie księżniczko wszystko będzie dobrze. - koło mamy ukląkł ojciec i przytulił mnie do siebie. Wtuliłam się w jego umięśnione ciało i płakałam jak małe dziecko.


______

Jeśli ci się podoba- zostaw komentarz :)